fbpx
Wybierz stronę

Kilka słów o autorze

To dość trudne i ciekawe doświadczenie – pisać samemu, o sobie samym…

Słowem wstępu muszę nadmienić, że już od wielu lat (dawien dawna) mam hopla na punkcie sprzętu i konfiguracji elementów informatycznych.

Po prostu na początku mojej przygody z komputerami nie mogłem, od tak sobie, dostać komputera od rodziców… Zacząłem go sobie kupować po trochu i składać samemu

Zacząłem dość szybko (gdzieś tak w 6-7 klasie podstawówki – lata 90-te) zbierając i składając swojego pierwszego PC’ta, którym był 286 od AMD o zabójczej prędkości 16 MHz w trybie Turbo (prawie zawsze było włączone), później z dyskiem twardym MFM (a może RLL) 5,25″ o gigantycznej pojemności 19,82 MB, pamięci ram – całe 2 MegaBajty, które musiałem zmodyfikować od razu po zakupie – przeróbka złączy z SIMM na SIPP. Nie wiesz co to – zobacz do podlinkowanych wyjaśnień z Wikipedii

Jak dziś pamiętam zakup dwóch „kości” ramu po 1MB każda, za magiczne 2 400 000 zł – tak, tak, odpowiednia ilość zer – to były dwa miliony czterysta tysięcy złotych. No, ale to jeszcze było przed denominacją złotego, czyli po przeliczeniu na dzisiejszą walutę, 120 zł za 1 MB RAMu
Pierwsze co, to po prostu musiałem dolutować do nich nóżki
Kolega Mateusz, który był tego świadkiem, mówił wtedy: „…nie wierzę, że właśnie puszczasz z dymem prawie dwie i pół bańki…” – tak, tak – przy lutowaniu zazwyczaj się trochę dymi…

To była ta magiczna chwila, bo mało kto mi wierzył, że wystarczyło dolutować nóżki, żeby „zrobić zwyczajną przeróbkę” złącza SIMM na SIPP.
Po zakończeniu mego dzieła, okazało się, że jednak miałem rację i po wciśnięciu RAMu na płytę i włączeniu komputera słychać było magiczne
„tyk.. tyk… tyk… tyk… trrrrrrrrrrrr, pik, pik,” a na ekranie pojawił się napis:

2048 KB RAM OK, Press any key to continue...


Niedługo po tym dokupiłem stację dyskietek 3,5″ (bo jeszcze nie miałem), to już za 70 zł – czyli już po denominacji.

Gdzieś w tym „między czasie”, razem z innym kolegą, poznawałem tajniki motoryzacji, bowiem któregoś dnia dostałem Motorynkę i od razu wiedziałem, że to moje drugie zamiłowanie. Coś naprawić, poprawić, doprowadzić do oryginału… Albo, żeby po prostu działało…

Jednak z komputerami było łatwiej – nie potrzeba było dobrej pogody… Więc następnym był 386 DX 40MHz, którego (jak się dowiedziałem po kilku latach) poddałem dość mocnemu podkręceniu – przez dosłownie chwilę, śmigał jako 81,6 MHz. Niestety pojęcia „OverClocking” nie znano jeszcze w tamtych czasach, no i nie wpadłem na pomysł jakiegoś radiatora na procesor. Ups… W rezultacie dość szybko udało mi się go przegrzać, wraz z całkiem niespodziewanym efektem akustyczno-wizualnym procesor delikatnie mówiąc „odlutował się” od płyty głównej, wbijając swoje pozostałości w metalową pokrywę obudowy jeszcze typu XT. Może i dobrze, że był to taki solidny kawał blachy, a nie jak teraz obudowy grubości puszki od Coli…
Jakież było moje zdziwienie i jak wiele się wtedy nauczyłem, bo musiałem się ponownie przesiąść na sporo wolniejszy 286. Ponowna reinstalacja Windows 3.1, może 3.11, a może już pierwsze Windows 95… Poznałem termin tryb chroniony, rzeczywisty i rozszerzony – ciekawe to były doświadczenia.

Wtedy już zainteresowałem się pracą komputerów w sieci. Windows 3.11 (for Workgroups) mocno mnie pociągnęło w tym kierunku. Jednocześnie, poznawałem to inne coś, co się nazywano Linuxem – bardziej chyba jeszcze Unixem, ale dużo ciekawych dla mnie nowinek po stronie software’u… Jak już wspomniałem, uczyłem się na własnych błędach, co często powodowało spędzeniem kilkunastu godzin przy ponownej instalacji np. Windows 95 z bodajże 64 dyskietek.

!!! Weź to sobie wyobraź !!!
Instalujesz system, już niemalże pół dnia, kiedy nagle okazuje się, że dyskietka nr 62 ma błędne sektory i nie daje się odczytać!

„Chwilę” później pracowałem wraz z kolegą w sklepie/komisie/serwisie komputerowym. Wtedy już stały dostęp do Internetu zaczynał powoli się pokazywać na rynku. My, w naszym punkcie, po prostu musieliśmy mieć stałe łącze, żeby móc ściągnąć sterowniki, jakieś aktualizacje, czy choćby poczytać co nowego dzieje się na rynku.

Jakikolwiek router rozdzielający nasze „super szybkie” łącze – 128kb/s, które było i tak ponad 2 razy szybsze niż komutowane łącze przez modem, często nie spełniał naszych oczekiwań, a sprzęt, który byśmy chcieli, niestety był dla nas nieosiągalny ze względu na cenę. Oboje zaczęliśmy zgłębiać temat Linuxa (wtedy polskim hitem było Freesco), dzięki któremu można było „zbudować” własny router, który wraz z „Sambą” stanowił mega udogodnienie, jakim był wspólny dysk sieciowy. Najlepsze było to, że całość mieściła się na jednej dyskietce 3,5″ – 1,44 MB!!! Ba, później nawet więcej, bo wystarczyło doinstalować „Apacza” i już mieliśmy własny serwer WWW – a to już burżuazja

Później nadeszły czasy sieci osiedlowych. Pierwszy zarządzany przeze mnie serwer – znaczy router, oparty na Intelowskim Pentium IV 1,4 GHz, 1GB RAMu (już DDR) i 2 dyskami po 40GB każdy, stanął u mnie w piwnicy podpięty do symetrycznego łącza 1/1 Mbit. WOW, to była prędkość. Pierwsza mp3’ka ściągnięta w kilka sekund (a nie kilka…naście minut). To były czasy…